piątek, 14 stycznia 2011

James Blake - James Blake

James Blake
James Blake

2011, Atlas/A&M



4.7



Hype wokół Blake'a maluje się tymi samymi farbami co portret Newsom: nawet pozostając sceptycznym trudno o pobłażliwy ton. Aura powagi zrównuje płyty tej pary, przynajmniej na poziomie atmosfery odbioru, ze zmityzowanym kanonem. W przypadku Blake'a jest to paradoks, bo na początku 2011 słuchacz niezbyt zaangażowany w śledzenie najnowszych tagów ciągle jeszcze może nie kojarzyć żadnego wydawnictwa z postdubstepowych kręgów lub co ciekawsze: może nie wiedzieć, że je kojarzy, bo są często mglistą hybrydą rdzennych wyznaczników jednego genre i losowych cech napływowych, dodanych specjalnie dla miłośników gatunków przeżywających ostatnio kryzys. Zależnie od polityki przystępności te importowane czynniki nawet przeważają. Ów paradoks towarzyszy również perspektywie odautorskiej: mimo że debiut Blake'a wstrzelił się w lansowaną na przestrzeni zeszłego roku definicję postdubstepu (pisaną przez słuchaczy nie-dubstepu lub zaczynających przygodę z dubstepem od jego post- !), *wydaje się* być stworzony przez kogoś, kto nie do końca kojarzy konwencję, przez kogoś, kto, utożsamiając się ze starymi płytami, przez ich pryzmat interpretuje to, co udało mu się przygodnie zasłyszeć o nowych wynalazkach.

Dubstep to podobno coś z londyńskimi klubami, metaliczne, oleiste brzmienie i potężne basy. Tak orientacyjnie skalibrowany filtr posłużyć mógł Blake'owi jako kamuflaż dla, w tym kontekście przestarzałej, fascynacji instytucją songwritingu czy poważniej nawet: komponowania. Ta sama orientacyjnie zakreślona perspektywa towarzyszy wycieczkom w dubstep organizowanym dla wycofujących się z indie. Przypadek trochę z Dänikena, ale ostatecznie fakty: 1) cover piosenki Feist, 2) niekonsekwentny stopień nasycenia utworów – pierwsza połowa płyty brzmi jakby nigdzie nie mignął Jamesowi minimalizm, 3) "Unluck", z łatwością dające się przyłożyć do charakterystycznego brzmienia Amnesiaka (klawisze przypominają zwięzłą wersję tych z "Pyramid Song", przeartykułowany wokal jak z "Packt Like Sardines In A Crushd Tin Box"), 4) po tym skojarzeniu trójpodział "I Never Learnt to Share" automatycznie przywołuje "Paranoid Android", 5) quasi-dubowość, którą rozpoznać można właściwie tylko dopóki bazuje się na notce z Wikipedii, a i tak powstaje problem, bo *głębokie basy* są na Blake'u właściwie tylko *basami*, tyle że mutiplikowanymi, musującymi, wytryskującymi przez luki w wysuniętych na pierwszy plan tradycyjnych motywach, wstawionych po to, aby ci wszyscy biedni ludzie nie podupadli na duchu słuchając pioniera muzyki przyszłości. Futuryzm tego debiutu, jego pionierski rys, jest marketingową podszewką, faktycznie przypominając raczej rachityczne heliotropy wymacujące po ciemku drogę do nielicznych prześwitów w opoce trochę losowo dobieranych tradycyjnych gatunków.


Słuchanie Blake'a przypomina jedną z bardziej rozbrajających sytuacji związanych z analizą poezji. Prędzej czy później dochodzi do rozstrzygnięcia z czym właściwie mamy do czynienia: z sonetem, odą, wierszem białym, fraszką etc. Czasem wszystkie propozycje odpadają, zawsze jakiś niuans się nie zgadza, a na koniec okazuje się, że był to po prostu WIERSZ. Słysząc "Limit to Your Love" trudno wymyślić jakieś inne rozwiązanie niż po prostu kompozycja, ponieważ enumeracja tagów schodzi na odległy plan pod wpływem atrakcyjnej siły konstrukcji, której każdy punkt zwrotny jest naiwnie wręcz wyeksponowany. Klisza, ale usprawiedliwiona zanurzeniem utworu w stereotypie: ten singiel jest pornografią dubstepu. Odmierzanie basów i chromowanych syntezatorów, nawet dozowanie osławionej Blake'owskiej gry ciszą, nie przypomina komponowania tajemniczej mikstury z mikroskopijnych proporcji efemerycznych ingrediencji. Jest jawne, jak napełnianie cysterny szerokimi zlewami jaskrawo barwionych paliw. Pornografią jest także dlatego, że a) na tyle odwołuje się do ludzkich uwarunkowań, że chociaż na sekundę przyciągnie każdego, b) posłużyć może tylko na etapie orientacji w temacie, dalsze trzymanie się jej jest już dewolucją. Po Guido czy Ikonice zachwyt Blake'em jako twórcą postdubstepowym wydaje się krokiem wstecz, uznaniem Blunta za kontynuatora Parachutes.


Po kilku przesłuchaniach "Limit to Your Love" przybiera postać drogi OD momentu olśnienia hookiem pianina, antycypującym czysto liryczne zawahanie wokalu w refrenie, DO momentu odkrycia, że oba te imponujące motywy pochodzą z oryginału. Zasługą Blake'a jest jedynie kreacja chłodnej, urbanistycznej atmosfery, antytetycznej dla ciepłego, naturalnego folku oryginału. Ten mikroklimat jest bardzo ewokatywny, ale pozostaje tylko ćwiczeniem w transplantacji piosenkowych hooku i liryku do genre kojarzonego raczej z samplami lub wykonaniami czysto instrumentalnymi (elektronicznymi, a więc stereotypowo zbyt bezdusznymi na liryk). Autorskie utwory, mimo że konsekwentnie angażują wokale, są wyraźnie słabsze, pozbawione dramatyzmu lub jeszcze gorzej: wyposażone w dobrze znany dramatyzm folkowych pień. "Give Me My Month" i "Why Don't You Call Me" są przykładami zwyczajnego przynudzania przy pianinie. Przewyższa je tylko bezguście "To Care (Like You)" z tragicznie i niepotrzebnie zniekształconym (do poziomu upośledzenia) głosem. W sąsiedztwie tych słabych punktów najbardziej podoba się "Wilhelms Scream", a potem "I Never Learnt to Share" z odświeżającą gospelową/soulową wibracją oraz "I Mind", chyba z uwagi na większą koncentrację elementów składowych, zwyczajny fokus (swojsko bębniące bity), którego brakuje większości bezpodstawnie hymnicznych fragmentów. Na przykład patos "Measurements" unosi się w powietrzu, nie kojarząc się z nieważkością, a raczej pospiesznie nakreślonym sztychem, przyczynkiem do zaprojektowanego faktycznego obrazu. I po takim podsumowaniu można być rozczarowanym, bo jest to tylko całkiem niezła, ale normalna, szeregowa płyta. EPki bywały faktycznie trudne i zmuszały do skupienia, ale takiego artystę, jak Blake na swoim debiutanckim LP, ma każdy eksperymentalny gatunek – letni ambasador przystępności, legitymujący się w razie wątpliwości papierami awangardy.


Napisałem: swojsko bębniące bity i zastanawia od razu, że swojskimi nazwałem dźwięki kojarzące się z egzotyką. Stało się tak, ponieważ mimo wszystko egzotyka jest łatwiejsza do zlokalizowania niż próżnia. Bijąca z tej płyty aura zaangażowania i powagi przeradza się momentami we wrażenie uczestnictwa w sztuce wysokiej, ale jak to zwykle bywa w przypadku młodych twórców zafascynowanych atmosferą gali, robi się ryzykownie: ma być poważnie, a jednocześnie dawać do myślenia, owładnąć. Emocje, szantażowane wszechobwieszczanym talentem i aspiracjami Blake'a do nowatorstwa, przypominają uczucia związane z krążeniem po pustawej galerii. Oczywiście – poprawiamy krawaty i nie śmiemy pisnąć, ale w domu mówimy sobie otwarcie: przestrzenność mogła być efektem świadomej manipulacji odbiorem sztuki, ale też nowoczesnej dekoracji wnętrz lub równie dobrze braku eksponatów.

środa, 5 stycznia 2011

OOP #5: listopad/grudzień 2010

Strasznie jesteśmy nudni w piątej odsłonie Out of Print: jak w każdej innej znajdziecie sporo perełek. Tym razem odhaczyliśmy ich 26 - płyt, kaset, winyli i innych. Część łatwo wspięła się do mojej listy rocznej, więc - warto wartować.