czwartek, 22 stycznia 2009

czwartek, 15 stycznia 2009

Psychic Ills - Mirror Eye

Psychic Ills
Mirror Eye
2009, Social Registry


6.4



Jako fana intr, outr, sound-checków i jamów cieszy mnie Mirror Eye. Radocha obcowania nie zmienia jednak, pomimo wielu starań, sytuacji zaistniałej już na Dins. Po prostu jasnym jest, że nie jest to granie zasługujące na wnikliwsze spojrzenie. Roztrząsanie mija się z celem szczególnie teraz, gdy wyraźne rozrzedzenie brzmienia zabrania wspominać o oczywistych w przypadku debiutu inspiracjach shoegazem spod znaku Spaceman 3.

Łatwo określić target tego albumu. Mirror Eye zrobi dobrze każdemu, kto:
- uważał Scab Dates za najciekawsze dokonanie Mars Volty, aż do momentu stwierdzenia, iż spory wycinek tego wydawnictwa to próżny jazgot,
- pamięta, że lubił Porcupine Tree w wydaniu Metanoia / Voyage 34: LSD Trip,

- jest rozczarowany, że praktycznie nikt nie docenił w swoich
zestawieniach rocznych Preteen Weaponry Oneidy,
- lubi egzotyczne, trochę etno-, klimaty, ale zignorował jakieś płyty nagrane przez Tuaregów jako już przesadnie folklorystyczne, zwracając się za to w stronę Pocahaunted lub Jessiki Bailiff, bo nie wstydzi się docenić dobrze zrealizowanego parcia na podręcznikową schizę w rytualnym otoczeniu (bębny łączone transowym basem + echotyczne, bliżej nie sprecyzowane quasimelorecytacje) + (bezsens, ale fragmenty openera, Mantis, przywołują aurę Amnesiaca).

Transowe, zadymione psychodelki to muzyka o jasno sprecyzowanym użytkowaniu, więc ładowanie do nich większej idei mija się z celem. Dlatego też przyjemne są jeszcze nienachalne elektroniczne dodatki trącące lekko Seefeel, ale przegięcia w rodzaju Sub Synth, kawałka będącego chyba zapisem wet dreams Schumachera, bezapelacyjnie odrzucają. Wyraźnie eksponowany w niektórych momentach, syntezator brzmi bowiem w rytualnej otoczce sztucznie i niepotrzebnie. Smuga ciągnie się spokojnie za odrzutowcem, a w dole szaman rzuca klątwę na włażącego w szkodę brontozaura, e-e.

Złoty środek objawia się w postaci centralnego mięśnia Mirror Eye: przestrzennego, lekko postapokaliptycznego I Take You As My Wife Again (intuicyjnie postrzegam kilka motywów tutaj jako dubowe, ale głównie dobre tło do gry w Stalkera). Jędrny instrumentalny trans z równie żywą elektroniką to związek dopuszczający wpadki wychwytane potem z miłym dreszczykiem podczas koncertów tego typu, a z bootlegów wycinane i eksploatowane jako sample przez myspace bandy legitymujące się etykietką experimental. Takie to zwyczaje kontynuuje się w sąsiadującym Fingernail Tea, uświadamiając jak niewiele i jak bardzo schematycznych patentów potrzeba, aby człowieka zaabsorbować. Czysta soma. Takie właśnie granie wydaje się być logicznym rozwinięciem poszukiwań rozpoczętych na debiucie. Mirror Eye nie jest już tak drażniąco gęste i monotonne jak Dins, a w sumie rzadko kiedy atmosferyczność tego albumu obraca się na brak uzasadnienia dla otwierających się tu i ówdzie luk w całościowej strukturze płyty.

Warto rozważyć ewentualność, że obok Spokes, nowe Psychic Ills, to jakieś kompendium motywów, podsumowanie ułatwiające grupie początkujących wniknięcie w temat. W wypadku Mirror Eye byłby to Zarys pół-improwizowanego psych-rocka z masą japońskich nazw w bibliografii i paroma przypisami odsyłającymi do takich punktów w historii jak My Life In the Bush of Ghosts Eno/Byrne'a lub Power Spot Jona Hassella (głównie analogie po stronie bębnienia). W obrębie tego genre chyba jednak za wcześnie jeszcze na wypisywanie PITów, co udowadnia rzadka konsystencja istotnej partii zawartego na Mirror Eye materiału.

myspace

środa, 7 stycznia 2009

Max Richter - 24 Postcards In Full Color

Max Richter
24 Postcards In Full Color
2008, FatCat



5.0




Konstantynopolitańczykiewiczówianeczka. Ludzie lubią mówić, że niektórych słów nie da się wymówić dziesięć razy pod rząd, że język to tajemnica a niektórych rzeczy lepiej nie ruszać. Zawsze jednak lepiej jest ruszać, więc wyobraźmy sobie dwóch panów: Kiewicza i Wianeczka. Kiewicz jest męskim stripteaserem występującym w znanym klubie Konstantynopol, który należy do pana Wianeczka. Kiewicz zdobywa sobie dość szybko renomę + rozgłos, a jego cykliczne występy zapełniają imprezownię po brzegi. Fani i fanki ukuwają na pierwszą rocznicę jego sukcesu hasło reklamowe w formie toastu, które wyśpiewują wspólnie podczas jubileuszowego show: Konstantynopol! i tańczy Kiewicz u Wianeczka!

Rozłożony na dowolnie obrane części składowe, zbiór pocztówek Richtera łamie se
kręgosłup pod ciężarem banalności. Już i tak ledwo udało mu się domknąć walizki, w których wyniósł materiał od innych twórców. Faktycznie przyjemnie się przy tym zasypia, ale może to być po prostu odurzenie oczywistością: czyste piano od Eluvium (powiedzmy Accidental Memory In the Case of Death lub When I Live by the Garden And the Sea), procesowane piano od Sylvaina Chaveau (równie ulotne, acz chropawe S), smyki od np. Bersarin Quartet (zeszłoroczne s/t mogło już zdążyć zainspirować, ten sam kraj, że już nie będę hipotetyzował na temat klasycznego wykształcenia muzycznego Richtera), a potencjalnych źródeł repetowanego poszumu taśmy magnetofonowej nawet nie warto wymieniać (te głośniejsze, bardziej drażniące i anektujące przestrzeń utworu to niemalże sample z Höstluft Library Tapes). Kilka odważniejszych zastosowań elektroniki (jedno z ciekawszych na płycie A Sudden Manhattan of the Mind) i gitary (potencjalnie najlepsze, gdyby nie ucięte, Tokumarowskie In Lousville at 7) odświeża trochę tę kompilację epigońskich motywów.

Być może nawet takich bardziej interesujących momentów byłoby na nowym albumie Richtera więcej, ale prawie wszystkie kawałki są nieuzasadnienie przerywane tuż przed zadomowieniem się w odbiorcy. Zastanawia brak utworów w stylu Shadow Journal lub The Trees (z Blue Notebook), które, przekraczając 7 minut, udawało się przecież bezboleśnie prowadzić i nimi właśnie ogarniać najbardziej. W takich sytuacjach podejrzewa się obecność jakiegoś konceptu, który wprowadzić ma neopoważkę i z założenia wymagający skupienia ambient, w świat kurczącego się czasu, singli puszczanych z komórek jako dzwonki o wyjebanej jakości etc., szczególnie, że tytuły wszystkich utworów to nazwy geograficzne. Poza tym, że BYŁO! wiadomym jest przede wszystkim, że miejsca zwiedzane w biegu to nie miejsca, tylko zdjęcia, na których nie ma nas nas nas, więc przelatuje się je bez zaangażowania. Ogólna wrażliwość nastawiona na Stinę Nordenstam dookreśla ostatecznie target tej tak łatwo pięknej płyty.


całość oficjalnie on-line

poniedziałek, 5 stycznia 2009

Sian Alice Group - 59.59

Sian Alice Group
59.59
2008, Social Registry



5.6



- Nie kłopocz się o naszą zapłatę, dobry człowieku. Jużci może złotem nie sypiemy, ale wiedźmę utłuczemy jakeśmy przyrzekli - rzekł Don Kichot do skrzywionego gnuśnie karczmarza, czemu zawtórował zaraz Sancho Pansa uznając w takich sytuacjach szczęśliwą gwiazdę swego pana za snadnie oddaloną od iluzji:
- Spójrz no, obwiesiu, jak napełniłeś brzuchy bohaterów, którzy oczyszczają włości twe od tałatajstwa! Czegoś tak nos swój kwincie w alfonsiadę oddał? - zaśmiał się szyderczo.
Poprawił jedyny popręg, który dzielony między Rozynanda i osiołka dzisiaj przypadał wierzchowcowi Sancza, i puścili się w drogę, Don Kichot pobrzękując żelastwem, a dzielny jego giermek czyniąc nie mniejszy raban puszczonymi samopas wodzami wyobraźni.

Pod wieczór dnia następnego, znużeni i ospali, z minuty na minutę tracili nadzieję na przytulny kąt.
- Dalibóg, panie, choć w zbroi tej jak mocarny wyglądasz pyszałek, kości swe złożysz dziś na gołej glebie... - stwierdził Sanczo Pansa obrażony lekko na sprawiedliwość, która przyznała tego dnia popręg Rozynandowi. Jednakże, kiedy tylko wypowiedział te słowa, nikłe światełko oblało dwóch wędrowców ciepłą falą. Mijali właśnie niewielki domek ulokowany przytulnie między dwoma potężnymi dębami. Chatka przycupnęła w wijących się konarach gigantów, które maskowały ją przed wzrokiem ciekawskich, chyba że zbliżyli się przypadkiem tak bardzo jak nasi błędni herosi.
Bez słowa Don Kichot zsiadł z konia i mocno dzierżąc płochliwe zwierzę za uzdę, zastukał w rosochate, nieheblowane drzwiczki.

- A kogóż niesie w noc tak głęboką? - ozwał się we wnętrzu słodki głos. Po chwili drzwi otworzyły się ukazując oczom podróżnych cudnej urody dziewczynę. Stojąc w swobodnie teraz płynącej strudze światła wydała się Sanczo Pansie wierutnym cudem. Giermek przeżegnał się i szepnął:
- Aliści...
- Nie słuchaj tego głupca, pani! Nie liści szukamy, boć tych pod dostatkiem twoi sąsiedzi oferować nam mogą, ale strawy i spoczynku - z uszanowaniem okpił swego giermka rycerz-pozornie-tylko-wyzbyty-poczucia-ironii.
- Zali! - poprawił się szybko Sanczo - Z oczy jej skry niczym zorza na tafle lodowców padają na alabastrowe policzki!
Dama śmiejąc się z niezręcznego komplementu wpuściła wędrowców do środka i ugościła ich czym chata bogata.

Nasyceni wędrowcy rozparli się przy stole i rozochoceni wybornym kuperwasem z radością przystali na propozycję gospodyni. Zaoferowała się ukoić skołatane nerwy pielgrzymów grą na swoim teorbanie. Chwyciła więc instrument i poczęła wygrywać dźwięki, którym rycerz i giermek przysłuchiwali się początkowo bez zbytniego zaangażowania, z czasem jednak coraz bardziej marszcząc w skupieniu czoła.
- Twoja gra przypomina mi muzykę, którą słyszałem już gdzieś indziej, pani... - mruknął Don Kichot.
- Panie mój! Czy to... czy to nie wtedy gdyśmy usiekli tę skośnooką wiedźmę? - wtrącił Sanczo.
- Mówisz o Kazu Makino, mój chłopcze. Nie - pokręcił głową zamyślony rycerz - Piękniejsza ta tutaj od Japonki z Blonde Redhead, choć melodie mniej chłonne. Poza tym nie posądzaj o czary tej grzecznej panienki!
Sanczo Pansa stęknął pod sójką zapodaną mu przez Don Kichota, a nieznajoma uśmiechem powitała komplement co do swej urody, ale nie przerwała gry, która zaczęła na nowo zajmować jej gości.
- Panie, wybacz mi, ale gdy śpiewać przestała jako żywo na pamięć mi spadła ta inna...
- Jaka znowu, głupcze małej wiary?
- Toć Elizabeth Hart z... z... - szepnął cichutko giermek, lecz zasłonić się musiał przed kolejnym ciosem.
- I od niej piękniejsza, choć przecie od Dulcynei nie bardziej - zawołał Don Kichot gniotąc w dłoni wstążkę od pani swego serca - Wybacz mi kułak ten, chłopcze, siła nawyku go niosła, bo niesforne z ciebie zwierzę, lecz teraz masz rację... Niczym Psychic Ills brzmi, z którą to bandą wiedźma trzymała!
- Mówiłem ci, panie... Nie daj zwieść się nawet tym jazzującym załomom! Przecie tego nie może produkować jeno taki teorban, za tym stać musi nieczysta, zbrodnicza moc...
Bez słowa Don Kichot chwycił za miecz i nim zatopiona w swojej wrażliwej muzyce Sian Alice mrugnąć zdążyła, potężne ostrze przecięło w pół jej instrument. Ostatni dźwięk poraził uszy zebranych zgrzytliwym, niby glitch lub niewprawnie prowadzony drone, jękiem. Wiedźma, bo o niej to wczoraj nadmienił był karczmarz, skrzywiła się ohydnie i mieniwszy w pluszowego kaczorka swe kształty rzuciła się do ucieczki. Tuż przy drzwiach dosięgło ją pudowe żelastwo rycerza. Oszołomieni wojownicy stracili się na chwilę z oczu w zamieci karminowych konfetti, w którą rozprysło się ciało czarodziejki.

- I czegóż brakło, mój panie, jej melodiom, żeśmy się zaczarować nie dali? - spytał rano zadowolony z rzezi i ocalonej skóry Sanczo Pansa.
- Zauważ, giermku, iż za bardzo kluczyła widząc w nas wprawnych w boju wagabundów! Ilekroć nas szorstkim riffem a la PJ ująć chciała, pochopnie z drugiego końca materii wątek podjęła i w trans wbić chciała improwizowaną psychodelią. Brak konsekwencji ją ubódł, nie miecz mój, Sanczo.
- Mądryś, rycerzu, choć na fantazji zbyło ci niejednokrotnie...
- Nie kręć nosem na mnie, sługo, lecz pomnij co bardziej anielskie jej pienia! Jak to choćby, od którego zaczęła mamienie, ech... - westchnął Don Kichot i zamilkł do południa. Choć zbroja pobrzękiwała jak zawsze, a rumaki rżały swawolnie, w jego uszach pobrzmiewał jeszcze dźwięk dzikiego, pełnego mocy pianina, które chwilami imitowała Sian Alice. Pokiwał w zadumie głową nad mocnym jej atutem: otóż wycofać się ze swą pieśnią umiała jak w raz, by dać pole melodii, z rzadka przecież wionącej agresją przyrodzonej
wiedźmie wykarmionej pewnie przez wilczycę.
- Nie dręcz się, wielki rycerzu - rzekł spokojnie Sanczo Pansa - Na szczęście wątpliwe, aby zaśpiewała jeszcze, więc i w pomrokach pamięci się rozpłynie.
Tu splunął.
- Nie może to być, Sanczo. Choć do Dulcynei nigdy się równać nie może, przecie uczczę jej urodę i granie kilkoma nieznacznymi wersami w epopei o mnie, którąć to dziś ci wyśpiewam przy wypasie.
Sanczo splunął raz drugi i jęknął trzymając się pod bok, lecz wiedza o tym, co na pewno go czeka dziś wieczór rozprężyła jego członki i uległ kojącemu kołysaniu osiołka niosącego go przez pustkowie.